sobota, 31 grudnia 2011

Sylwek.

"Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia..."
Tak jak w AD 1647 tu także różne zwiastowania klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
Ale jeszcze nie czas na oppsumering.
Dziś przed wystrzałowym szaleństwem dalej amortyzujemy nartki.




Potem jakieś partyzanckie przygotowania do "jedynej w roku nocy".
Wrrrrrrrrrrrrrrr, jak ja tego nie lubię! Walą petardy, zwierzętom puszczają zwieracze ze strachu, ludziska się cieszą, miliony koron idą z dymem w powietrze.
Tradyszyn!
Wybieramy się do Marty, która opuszcza nas na rok:(
Machamy z Tosią i Kubą sałatki, potem chłopaki ładują amunicję, ja robię przegląd garderoby (skoro jedyna taka noc to w gumiokach nie wypada).
Przetrząsam mieszkanie w poszukiwaniu lakieru do paznokci.
Zdecydowanie nie idzie mi. Ociągam się jak mogę.
A łóżko tak ładnie patrzy w moim kierunku.
No dobra, jeszcze wizaż, którego specjaliści od efektów specjalnych z Jurasstic Park by się nie powstydzili i mogę wyjść.



"Arleta, nie mogę się napatrzeć na Twoje usta, zawsze tak starannie wymalowane i nic się nie rozmazują. Jak ty to robisz?"
Dżizas, w Førdku dopiero drugi raz użyłam pomadki i wystarczyło, żeby "zawsze".
"Zawsze masz taką oryginalną biżuterię".
Fakt, że w byłym wcieleniu byłam choinką ale moja biżuteria to takie trochę dziwactwa ("te kolczyki wyglądają jak części od roweru"). I nie da się zestawić niczego z niczym.
"Zawsze kojarzę cię z fajnymi butami".


Hmmmm, trochę dużo tego "zawsze" jak na jeden wieczór. Arbiter elegantiorum na starość zostałam, czy jak?
Jak to się może w życiu pozmieniać.
Zawsze-w dzieciństwie byłam czymś usmarowana, źle pozapinana (jeśli w ogóle), za niska do wagi, i wszystko było za...
A tu nie wiadomo kiedy odwróciło się.
Lubimy, lubimy to:)
Jeszcze tylko widowisko światło-dźwięk:





Szampanik i mamy Nowy Rok.



piątek, 30 grudnia 2011

Koniec roku.

Ostatnie dni roku. Smęty w pracy. Nikt nie chce się łamać albo operować zwyrodniałych bioder czy kolan.
Odliczamy minuty do wyjścia, bawimy się nowym telefonem dla klientów innej orientacji, jak mawiają zazdrośni.

(foto Sara, IPhone 4S mój)

Czy to właściwie jest telefon, sam Q by go dla Jamesa nie wymyślił.
Dobrze, że mam Staszka w offsecie, bo inaczej siedziałabym i płakała nad użyciem.
Wychodzimy, ostatni raz w tym roku.
Znowu przyszła zima, znowu ładujemy nartki i do wozu!
Hmmm, od kiedy to ja mam Rossignole?
A nawet połowicznie.


Kubaaaaaa, nie jeździ Ci się jakoś dziwnie?




-Tylko się nie ruszać bo będzie długo naświetlane!
-Ile?
-2 godziny.




Jak widać Kuba nie dał rady, 1,5godziny w bezruchu:)
Dobra, udało się.
Obaliliśmy kolejną miejską legendę pt. "w nocy? z kompaktem?? bez lampy???"
Cytujemy za Wilqiem-Złemu tancerzowi prącie w tańcu mrowi.
Pozdrawiamy cieplutko
Arleta i Freye.

środa, 28 grudnia 2011

Przyjęcie urodzinowe.

Dziś raport dla cioci Eli z Przeworska.
No i co dobrego jedliście? zwykła pytać ciocia Ela.
No to się chwalimy.
Z okazji moich urodzin przygotowałam przyjęcie dla najbliższych, dokładnie takie jakie serwuje się w Norwegii na Wigilię, niczego nie opuściłam...i znowu bezlitosny atak na Wyspy Langerhansa.
Ribben czyli żeberka (po naszemu boczek, po prostu) ze strzelającą w zębach skórą, której strzelność trzeba porównywać z wyczynami z poprzednich lat.


Jeszcze tylko pokroimy i do stołu.



A na stole poza żeberkami:




















No dobra trochę blefowałam, medisterkaker (takie świąteczne mielońce z imbirem i kardamonem) i biała kiełbasa były gotowcami.
Podobnie obie kapusty na ciepło.
Puree z brukwi i marchwi i ziemniaczki- de novo.
Jeszcze tylko nastrój i ...



Zapraszamy do stołu


Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta&Freye.
Foto: Rafał i moje (tylko 2).

wtorek, 27 grudnia 2011

Kwestionariusz Prousta.


(Foto Gilbert Garcin)

Arleta Frey, model z roku 1972.
Hmmm, zmiana kodu nadeszla...
Moze by tak cos wznioslego w zwiazku z tym?
Ale co? Z odchudzania wyroslam, o kondycje psycho- fizyczna dbam, moze pojsc w intelektualny rozwoj?
Kwestionariusz Prousta bedzie jak znalazl.
"Wypelnic, zachowac, za pare lat porownac"- tak pisali w instrukcji obslugi.
No to jedziemy.
1. Glowna cecha mojego charakteru?
Niestabilnosc emocjonalna, czeste stany hypomaniakalne, cale szczescie ujarzmione (lata cwiczen i wyrzeczen) no i poczucie humoru.
Latwe nawiazywanie kontaktow czlowiek-czlowiek.
2. Cechy, ktorych szukam u mezczyzny.
Autentycznosc, zaden plastik...
 i jeszcze: potencjal intelektualny, poczucie humoru, wrazliwosc, cos na wzor Kuby- rozwazny i romantyczny.
Aha i oczywiscie dwudniowy zarost.
3. Cechy, ktorych szukam u kobiety:
Jak wyzej ale bez zarostu.
4. Co cenie u przyjaciol?
Wystarczy swiadomosc, ze sa.
5. Moja glowna wada.
Za duzo gadam i spozniam sie.
6. Moje ulubione zajecie.
Stawianie glupich pytan na temat swiata i ludzi, ostatnio z aparatem fotograficznym.
I jeszcze robienie ciateczek na swieta, roznych robotek recznych, wymyslanie niespodzianek dla innych, nartki, zdejmowanie folijki z nowej plyty, szukanie nowych szlakow muzycznych... duzo, duzo innych.
7. Moje marzenie o szczesciu.
Nie marze, po prostu jestem szczesliwa.
8. Co wzbudza we mnie obsesyjny lek?
Nic.
9. Kim chcialabym byc, gdybym nie byla tym kim jestem?
Ola Ch. i Robertem W. w jednym.
10. Kiedy klamie...
Od razu widac.
11. Slowa, ktorych naduzywam.
wiesz, niesamowity, po prostu, no i ten...tego.
12. Ulubieni bohaterowie literaccy.
Nie wiem
13. Ulubieni bohaterowie zycia codziennego.
Moj tesc i Wojtunio G. za nieskonczony optymizm i poczucie humoru.
14. Dar natury, ktory chcialabym posiadac.
Znac wszystkie jezyki swiata.
15. Obecny stan mojego umyslu.
Pelna euforia.
16. Bledy, ktore najlatwiej wybaczam.
Wszystkie, nie zawieszam sie na przeszlosci.
27.12.AD.2011



poniedziałek, 26 grudnia 2011

Raport dla cioci Ewy.

Spodziewając się pytania co robiliśmy w drugi dzień Świąt, donosimy czym prędzej:
Po kościele Kuba z Rafałem pojechali złachać się w górki.
No i co z tego, że szalał orkan (nie mylić z Władysławem Orkanem), który wyrywał drzewa z korzeniami, jachty wpychał na suchy ląd  parkując pod hotelem albo odwrotnie- zatapiał  te lepiej zacumowane (to nie u nas tylko w Molde), pozbawiał prądu całe miasto łącznie ze szpitalem, przerywał sieci- neuronów w mózgu i telefonii komórkowej (do tej pory nie mamy zasięgu).
Nic to, że lało.
Chłopaki poszły.
Ja też poszłam ale odespać czarny orkanowy dyżur.
Koło pierwszej pobudka i zaczynamy nasze ulubione święta z plątaniem się po domu w piżamach, jak za starych dobrych czasów w Rio.
A co robiła Tosia? Ubiegam pytanie cioci Ewy.






A Staś?



A Rafał?


Rafał pokazywał Kubie swoje fińskie retrospektywy.
A babcia?
Babcia nam dogadzała, teraz na nią padło z demonem obróbki termicznej:)
A ty?
No ja jak powiedziałam, łaziłam w piżamach,


Wyciągnęłam stos gazet z Polski...już prawie, prawie się w nich zatopiłam aż tu nagle koło ósmej dzwonek do drzwi.
Goście z Bergen z Martą wpadli na chwilę.
-Przeszkadza Wam, że jestem w piżamie?
-Nie.
-No to fajnie.
I zrobiła się kolejna impreza do jutra.
A deszcz padał i padał...


Dobranoc!

PS. Do największych strat, które uczynił orkan zalicza się nieobecność "Kevina samego w domu", który szedł w tv ale nie było prądu:(

niedziela, 25 grudnia 2011

Foto.

-No hej, słuchaj prześlij mi wasze rodzinne zdjęcie bo jest taki plan... kalendarz... wnuki, dzieci...
-Nie mam.
-Jak to nie masz? Robisz i nie masz???
-Dokładnie!

-No i co tam u Was słychać? Bla, bla, bla... Prześlij jakieś wasze rodzinne zdjęcie bo chcemy zobaczyć jak teraz wyglądacie.
-Nie mam.
-Niemożliwe.

-Dawno nie widziałam ciebie na zdjęciu... (schudłaś? zgrubłaś?- w domyśle:)
-Nie mam!
-Wrzuć coś to się pośmiejemy!
-Dobra pójdziemy do fotografa to sobie zrobimy sesję rodzinną. Rzucamy wszystko i lecimy.

A właściwie dlaczego nie!
-Kuba mam taki pomysł... zrobimy sobie taką rodzinną fotę wszyscy w koszulkach w paski jak bracia Daltonowie z Lucky Luke'a, powiększymy i powiesimy na ścianie i jeszcze odbitki dziadkom.
We wzroku Kuby dało się wyczytać zdumienie jak gdybym zaproponowała mu orgię zbiorową z udziałem akrobatów cyrkowych.
-Wiesz dziadek, mam pomysła...
-No, no?
-Foto...rodzina...Daltonowie...
-No, wchodzę w to pod warunkiem, że będę na zdjęciu z pilnikiem do metalu!







No i zawiśliśmy pod między świątecznymi ozdobami, a Piną.





"Bo zdjęcia są po to, żeby je oglądać, a nie trzymać w kompie".

sobota, 24 grudnia 2011

"A Wigilię przyjdzie Niedźwiedź".

No i przyszedł ale wszystko po kolei.
Raniutko zanim świt nastał (koło ósmej znaczy się) przybiegłam co sił w nogach  po dyżurze, żeby sprawdzić czy Wigilijny Niedźwiedź dotarł pod naszą 2,5m choinkę. Plan był taki, żeby jeszcze Kubę zastać w domu, który miał ratować życia ludzkie od 9.00 w szpitalu.
Oooooooo, ja cieeeeeeee... ale prezentów...- nie mogłam pohamować zdziwienia.
Zero odzewu, Tosia nawet nie drgnęła w łóżku. Ciągnę ją za nogę i nic! W sumie ma dobry sen więc liczyłam chociaż na Staszka.
Też nic z tego.
Dobra koniec przedstawienia, skoro nawet Rafał nie jest zainteresowany prezentami.
Idę kimnąć po dyżurze.
Godzina dwunasta w południe.
Maaaaamaaaa, wstawaj bo trzeba pierniki lukrować, tym razem to Tosia ciągnie mnie za nogę.
-Dżizas jakie pierniki??? Limit piernikowy wyczerpany na ten rok i na hasło pierniki odbezpieczam rewolwer.
-No te co obiecałaś, bo wczoraj tu była Sara i przyniosła mi prezent. I Amnina była też z prezentem i ja też chcę im prezent...
-No dobra tylko mi żółtko wejdzie.
-Nieeee, już wstawaj bo nie zdążymy.
Co prawda to fakt, późnawo zaczyna się robić zwłaszcza, że na czwartą jesteśmy zaproszeni do znajomych na polonijną Wigilię.
Jedziemy z piernikami, skoro projekt domku upadł u podstaw (publicznie przyznaję, że nie miałam z tym nic wspólnego, pomysł był Kuby).











W międzyczasie produkujemy cysternę barszczu dla wszystkich Polonusów, babcia wcześniej wytworzyła ponad 200 uszek z grzybami, a dziś walczy z jabłkowym strudlem.
Prawie, prawie zdążamy na czas.
Bardzo miła imprezka nam się wykroiła z kolędami, wizytą Mikołaja, całowaniem solenizanta Adama...





-Maaaamaaaa, kiedy do domu?
-Po deserze.
-A kiedy deser?
-A bo co? zapytałam udając głupią (a może nawet nie bardzo udając).
PREZENTY!



Ale chwila, chwila jeszcze zdjęcie pod choinką...



 Tylko się nie tłuc!



No i jeszcze nastrój...



I jeszcze zdjęcie z babcią...


No to OGNIA z prezentami.








Jak to dobrze, że są Anioły, ja bym tam wysiadła z tymi prezentami!





A jutro kolejny dzień z życia Iwana Denisowicza...

Foto: Rafał, Tosia i ja.