sobota, 18 lutego 2012

Godzina "W".

Sobota rano. Zaczynamy ferie zimowe. Pakujemy auto, wsiadamy i jedziemy do Hemsedal- stolycy zimowych sportów ekstremalnych (narciarstwa alpejskiego i snowboardu) w Norwegii.
Ale przecież nie nazywalibyśmy się Freye gdybyśmy ot tak sobie się spakowali i wsiedli w auto...
-A wzięliśmy to?
-A brałaś?
-Nieee
-No to nie wzięliśmy.
I tak z 15 razy.
Tosia zrezygnowana leży pod schodami.
-Kieeeedyyyy wychodzimy???


-za 15 razy.
I już prawie, prawie gotowi... Stachu rzuca: a ja nie chcę jechać! Chcę zostać w domu.
Tu nastąpiła mała dekompensacja o której nie będę szerzej rozpisywać się.
-Jak robią to inni? Dlaczego każdy nasz wyjazd to akcja porównywalna z wyprawą na księżyc???
-Nie martw się, jak będziemy duzi to też będziemy W-skimi.
-Słowo? Ok, no to do wozu.
Docieramy do hyttki koło czwartej gdzie już czeka na nas ekspedycja ze Szwecji.
I warto było czekać pół roku na to słynne klaśnięcie rączkami oznaczające ni mniej ni więcej tylko:
Mistrz ceremonii ogłasza początek imprezy!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz