środa, 16 października 2013

Włoski dla początkujących.

Próbuję przemielić w głowie wszystkie rzymskie przeżycia. Trudno oddzielić to co jest: moje -  nasze - cioci Donatki i Pina -  Anuli i Andrea... Ile z tego może być Wasze...
Spróbuję opowiedzieć to co jest moje...
Było fantastycznie! Dostaliśmy o wiele więcej niż oczekiwaliśmy. Jedne z najfajniejszych rodzinnych wakacji jakie kiedykolwiek mieliśmy. Pisząc rodzinnych mam na myśli duuuużą międzynarodową rodzinę.
Ale od początku. Ciocia Donatka jest ciocią Kuby, która od wielu lat mieszka i gra na wiolonczeli we Włoszech. Pino jest mężem cioci, Włochem rodem z Sycylii. Mimo tego, że pierwszy raz się spotykamy (no może poza Kubą, który był wcześniej zapoznany) mamy wrażenie, że znamy się od dawna. Nawet nieznajomość włoskiego nie jest problemem, zwłaszcza, że Kuba po raz kolejny imponuje swoją lingwistyką stosowaną i po kilku dniach pobytu (jak było do przewidzenia) niczym Leonard Zelig z zacięciem dyskutuje z autochtonami o nieciekawej sytuacji Sylvio B.
Najważniejsze w znajomości języka włoskiego jest gestykulacja, można nawet po polsku mówić byleby odpowiednio stosować body language.
Lekcja włoskiego w pigułce:
Każdą wypowiedź należy zaczynać od zwrotu - A lora, co to nic nie oznacza (takie nasze; a więc, no to...) i do tego trzeba wymachiwać palcami 1,2,3 dominującej ręki złożonymi jakby się miało w nich szczyptę czegokolwiek i uniesionymi na wysokości linii wzroku conajmniej 3 razy w kierunku mówiącego. Koniecznie trzeba użyć większej ilości decybeli niż w przeciętnym europejskim języku.
Aby uniknąć nieporozumień na tle nieznajomości języka, ciocia Donatka uprzedziła Pino, żeby nie krzyczał tak głośno jak zwyczajowo pyta ją czy preferuje poobiednią kawę czy herbatę bo gotowiśmy pomyśleć, że jesteśmy świadkami sceny rozwodowej.
Duże zamaszyste ruchy rękami, najlepiej wszystkimi jakie się posiada. Jadąc taksówką z lotniska pan kierowca udzielał nam niezbędnych turystycznych wskazówek, jedną ręką gestykulując, drugą wyciągając plan miasta zza fotela pasażera, nie przerywając monologu zredukował bieg, a wszystko to między zmianą świateł w zakorkowanym centrum Rzymu. Wszyscy zaniemówiliśmy z wrażenia.
Dopiero odmroziliśmy się głupawką na tylnych siedzeniach, kiedy pan kierowca jadąc wąziutką uliczką słynącą z markowych sklepów prezentował je z dumą i zapytał czy Kuba jest wielbicielem marki Trusarrdi, na co ten skapliwie przytaknął. Od tej pory nie miał (Kuba) lekkiego życia. Co chwilę przypominaliśmy, że jak na wielbiciela marki Trusarrdi to albo coś przystoi albo wręcz odwrotnie:)



Jak wiadać poniżej, dzieci coś załapały z tej nauki. Najważniejsze w komunikacji są ruchy rąk:)


Anula, jest córką cioci Donatki. 



Andrea mężem Anuli.



 Lukrecja (dla rodziny i bliskich znajomych po prostu Lulu) ich córką. 


Anula i Andrea są prowadzą dwie fantastyczne restauracje w sercu Rzymu, blisko Piazza di popolo.
La Buca di Ripetta i Porto di Ripetta. Za przystawki, które tam serwują dalibyśmy się pokroić na małe kawałeczki. 



Tylko obecność miłośnika marki Trusarrdi powstrzymywała nas przed wylizaniem do czysta talerzy. Po daniach głównych zaczęliśmy knuć jakby tu załatwić wizę przesiedleńczą. Jak będziecie kiedyś w Rzymie wstąpcie tam koniecznie. Ojjjjj warto, warto!
Dziękujemy Wam kochani za wszystko. Prawdziwe la dolce vita:)

PS. Włoska tożsamość miłośnika marki Trusarrdi. 








2 komentarze:

  1. Zawsze wiedziałem, że z Kuby będą ludzie

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Wloch jak sie patrzy, mimo tego ze mu kajdana na szyi brakuje:)))

    OdpowiedzUsuń